Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Autor: Basia
Opublikowane: 2015-12-22 14:03:58


Rano dzwoni budzik, pewnie z 3 razy zanim wstanę. Powolnym krokiem udaję się do łazienki, kuchni, a potem pracy. W pracy ciśnienie regularnie skacze i opada od stresu, obowiązków, plotek...żeby w końcu blisko momentu końca pracy opaść na tyle, że zakupy, które mam do zrobienia w sklepie, który jest po drodze(!) zdają się wspinaczką na K2. I przychodzę z tymi siatami do domu, rozpakowuję,zjadam coś na szybko, gotuję na jutrzejszy dzień i ani się obejrzę muszę iść spać. Trochę tyję w tym międzyczasie i mam coraz mniej energii. Czasem nawet nie mogę zasnąć, bo niejednokrotnie to, co wydarzy się w ciągu dnia, nie pozwala mi ukoić myśli. I w kolejny taki szarobury dzień, mijam na zakupach koleżankę, która wygląda jak milion dolarów. W jednej ręce ciężka siata, w drugiej synek, uśmiech na twarzy, pupa jak marzenie, włosy lśniące, twarz promienna.

Czekaj, czekaj, czekaj... Jak to możliwe? Pewnie jej się poszczęściło, ma kasę na dobre kosmetyki, nie chodzi do pracy, bo opiekuje się dzieckiem, wiec pewnie się wysypia i ma czas na Pilates.

Dobra, zagadam.

Z każdą sekundą rozmowy z moją idealną koleżanką, czuje jak robię się taka malutka, a oczy wychodzą mi z orbit. Okazuje się, że chodzi do normalnej pracy, ten chłopiec przy boku, to jej drugie dziecko, rano biega, po południu chodzi na treningi, ma pełno energii i jest szczęśliwa. Z fałszywym uśmiechem rozstałam się z ową koleżanką i myśląc 'a to małpa', zgarbiona i zmęczona udałam się do domu, żeby przeżyć wieczór jak zawsze, narzekając na swój los. Spać tez nie mogłam. Cały czas myślałam o tym, że nie mam szczęścia w życiu i takie tam...

Rano po trzecim budziku wstaję. Idę zrobić sobie herbatę i sięgając po cukier, nagle przypomniałam sobie o mojej ślicznej, szczęśliwej koleżance i wypiłam gorzką herbatę. Do pracy poszłam na piechotę i przywitałam współcierpiących szerokim uśmiechem, co spotkało się z równie uśmiechniętą odpowiedzią. W pracy było, jak było, ale nie słodziłam kawy...Wracać natomiast postanowiłam znów trochę tramwajem, trochę na piechotę omijając sklep, bo przecież wszystko mam i poszłam do domu.

Ćśś- mówię do męża- o CrossFicie czytam.

Dochodzę do wniosku, ze przecież ja nie znajdę czasu. I odruchowo popatrzyłam na zegarek. Była 19. Czyli jakieś 2h spędziłam na oglądaniu wysportowanych lasek. Nie zrobiło to nic więcej, jak tylko mnie wkurzyło i zdemotywowało. Spędziłam tak kilka wieczorów, kilka poranków, kilka uśmiechów w pracy, gorzkich kaw i ominięć sklepu na koszt fitnessowego riserczu. Postanowiłam znaleźć moją śliczną koleżankę z fb, zobaczyłam na jej profilu, jakie odwiedza fitness cluby i postanowiłam się tam wybrać. Dzięki temu, że kończyłyśmy pracę w podobnym czasie, często udawało się nam ćwiczyć razem, a to dla mnie ważne, żeby ktoś mnie motywował, pokazywał, co robię źle i był dla mnie wzorem, do którego postanowiłam dążyć. Już nie myślę o niej "małpa", bo to jej świeżość i lekkość bytu sprawiła, ze postanowiłam coś zmienić. Podpowiedziała, jakie wprowadzić zmiany w diecie, żeby skóra, włosy i humor, wróciły do lat świetności.

Teraz po kilku miesiącach, swoją zgrabną pupcią i bezustannym uśmiechem, zachęciłam niejedną kobietę z mojego otoczenia do tego, żeby przestały narzekać, a zaczęły działać. Tylko mąż patrzy na mnie z byka i pijąc piwo wieczorem, namawia mnie na chipsy, czy pizzę, a ja bezczelnie i z pewną dozą zazdrości odmawiam. O ile kobietę zmotywować może druga kobieta, o tyle z facetami jest chyba znacznie trudniej. Ale udało się... O tym, co to sprawiło, jeszcze napiszę :)

Nigdy nie wiadomo, co wpłynie na naszą decyzję. Czasem to będzie zdrowa zazdrość, czasem jakiś przełom w życiu - niejednokrotnie coś złego, jakieś nieprzyjemne wydarzenie-może rozstanie, może fakt, że jesteśmy na językach... Ale ważne jest to, że cokolwiek się w tym kulminacyjnym momencie nie wydarzy, postanawiamy zrobić coś dobrego dla siebie. Zmienić nastawienie, zmienić swój wygląd, zmienić to, co powoduje w nas złe samopoczucie. I daję sobie obciąć wszystkie kończyny(a bez zastanowienia bym tego nie zrobiła, bo jednak są mi potrzebne do ćwiczeń), że ćwiczenia zmieniają nas w środku, powodują, że widzimy świat w lepszych barwach, mamy więcej czasu, bo jesteśmy lepiej zorganizowani, a do tego wyglądamy zdrowo. Kto się jeszcze nie przekonał, niech spróbuje, a jeśli nie mam racji, zwrócę poniesione koszty ;-)